Międzywymiarowy wir
wessał mnie gdy spałem.
Czuję trochę się jak świr
tu, gdzie wylądowałem.
Ludzi wcale nie rozumiem,
choć po polsku każdy gada.
Ulicami tłum gdzieś frunie -
w morzu ulic głów armada.
Mężczyzn krótko ostrzyżonych
w garniturach rządek kroczy
obok kobiet wystrojonych.
Postanawiam się dołączyć
chociaż nie mam marynary,
i choć spodni nie mam w kancik.
Pójdę z tyłu, sam, bez pary,
może żaden elegancik,
nie poświęci mi uwagi...
Chyba nikt mnie nie dostrzega,
niewidzialny jestem może?
Chodzę skaczę, biegam, śpiewam,
na chodniku się położę!
Mogę tutaj robić wszystko!
Zjem frykasy z lad sklepowych,
kino musi być gdzieś blisko -
ruszam zwiedzić mój świat nowy.
Jakoś dziwnie tutaj wkoło -
biel, szarości - gdzie kolory
i twarz, która minę ma wesołą...
Boże! Ten świat jakiś taki chory.
Samochody tylko czarne,
nikt się tutaj nie uśmiecha
Naraz dzwon zabrzmiał alarmem
kto żyw do budynku wbiega.
Dzwon zwołuje po raz wtóry,
ludzie cisną się przez drzwi.
Chcąc wejść szukam jakiejś dziury.
W końcu w środku stoję i
rozglądam się po sali...
Dech zapiera swym ogromem
ludzie zdają się tak mali,
Patrzę w tą, raz w inną stronę,
sala prawie wypełniona,
ludzi równe rzędy stoją
W przodzie podest i zasłona,
znów poczułem się nieswojo.
Wnet kotara się rozwiera
z telebimu patrzy głowa,
aż o ścianę się opieram,
ona do mnie cedzi słowa!
Mówi wolno i wyraźnie,
jak bym mógł jej nie zrozumieć:
"Witaj, któryś przybył właśnie -
czy po polsku mówić umiesz?
Potakuję potwierdzając,
czekam co się stanie dalej.
Ludzie głowy odwracają
ktoś się mnie dostrzegać zdaje.
Teraz widzą mnie już wszyscy,
szok na twarzach się maluje.
Postać z telebimu błyszczy,
chyba znów coś się szykuje -
Mówi do mnie już normalnie
wita na planecie ziemia,
zapraszając ciut nachalnie
bym odwiedził go w podziemiach.
Mówi, że jest tutaj królem,
chwali piękno swej planety,
jednak muszę przyznać z bólem -
nie rozumiem tej podniety.
Opowiada o swym kraju
o zwyczajach ludzkiej rasy
ponoć żyją tu jak w raju :
Nie istnieją kasty, klasy.
Wszyscy równi, jednakowi,
każdy ma te same prawa,
zła nikt nie pomyśli robić.
Pytam - stary gdzie zabawa?
Gdzie podziały się uśmiechy
i kolory jakiekolwiek?
Nie zostanę tu, bo zdechłbym! -
Uświadamiam w końcu sobie...
Biegnę ku drzwiom, mijam próg.
Byle dalej, w bloków rzędy!
nie oszczędzam swoich nóg,
pędzę prosto, mijam skręty.
Chcę wydostać się za miasto,
poczuć dzikość leśnej głuszy.
Mięśnie miękną już na ciasto
nogi coraz trudniej ruszyć,
Dzień się z wolna w noc zamienia
a ja dalej mknę przez miasto.
W końcu padam ze zmęczenia
przed oczyma widzę jasność,
która wciąż na sile wzbiera.
Blask oślepia moje oczy,
szybko zrywam się z fotela,
promień słońca sen zakończył

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńMuszę przyznać, że trafiłeś w mój gust.
OdpowiedzUsuńBrzmi trochę, jak tekst piosenki...
Jak dla mnie wiersz jest idealny, ale doszukałam się małej literówki we fragmencie: 'o zwyczajach ludzkiej razy' - chyba rasy ; )
Super !! Bardzo mi się podoba, też bym tak chciał ! Jędrek
OdpowiedzUsuńŚwietnie Marcin ;) utonełam w tym świecie na chwilę ;) doczekałam się i jestem pozytywnie zaskoczona :**
OdpowiedzUsuńno Cinek, wymiatasz jednym słowem ujmując ;)
OdpowiedzUsuńchociaż twojego talentu się nie powinno określać jednym słowem... ;)
andzia ;P
"pędzę prosto, mijam skręty."
OdpowiedzUsuńhihihi chyba zakręty, chociaż skręty też chyba omijasz. lol2